Skocz do zawartości

CEPiK i nie tylko - czyli przetargi w Polsce ....


Norbert Jezierski
 Share

Rekomendowane odpowiedzi

Walka o miliardy z kieszeni podatnika

 

Na informatyzacji sektora publicznego wciąż można zarobić ogromne pieniądze. Sam system dla służb podatkowych może kosztować nawet miliard zł, a w kolejce czekają inne instytucje związane m.in. z bezpieczeństwem i zdrowiem. Sądząc po dotychczasowych doświadczeniach, możemy się spodziewać poważnych problemów.

 

 

Ministerstwo Finansów chce skomputeryzować rozliczenia dokonywane przez przedsiębiorców do sierpnia 2006 r. Start projektu jest niezbyt fortunny - planowane na połowę października ogłoszenie przetargu nie odbyło się.

 

- Mamy małe opóźnienie. Nie podpisaliśmy jeszcze z Ministerstwem Nauki i Informatyzacji umowy o dofinansowanie. Ogłoszenie przetargu powinno nastąpić jeszcze w listopadzie - mówi Grzegorz Fiuk, p.o. dyrektora w Departamecie ds. Informatyzacji w Ministerstwie Finansów.

 

Czy resortowi uda się wdrożyć wycenione na 150 zł mln e-deklaracje w zaplanowanym terminie? Grzegorz Fiuk zapewnia, że tak. W kolejce czekają zresztą kolejne, odwlekane rozstrzygnięcia. Największe z nich to realizowany w ramach offsetu system łączności Tetra, który według różnych szacunków będzie kosztować nawet ponad miliard dolarów. Wprawdzie Lockheed-Martin, amerykański producent samolotów, który podpisał z rządem umowę offsetową, jako wykonawcę systemu wskazał spółkę Tetra System Polska (w której udziały mają m.in. Prokom i ComputerLand), ale wiele wskazuje na to, że nowy gabinet będzie chciał wyłonić go w drodze przetargu.

 

Innym zależnym od politycznych decyzji projektem jest ogólnopolski Rejestr Usług Medycznych (RUM, wartości ok. 0.5 mld złotych). Dopóki jednak rząd i parlament nie podejmą strategicznej decyzji co do zasad działania służby zdrowia (płatna-bezpłatna, scentralizowana-regionalna), dopóki o wdrożeniu RUM nie ma co myśleć.

 

Podatki, zdrowie, bezpieczeństwo - przyszłe wdrożenia IT będą dotyczyć najważniejszych dla nas kwestii.

 

Czy powinniśmy się obawiać? Informatyzacja sektora publicznego powszechnie kojarzy się z opóźnieniami, awariami i rosnącymi kosztami. Czy wykonanie projektów przewidzianych przez MF i inne resorty przypominać będzie dotychczasowe realizacje? Niestety, wiele wskazuje na to, że tak. Historia komputeryzacji polskich instytucji liczy już 15 lat - dostatecznie długo, żeby nauczyć się czegoś na własnych błędach. Mimo to wciąż popełnia się te same.

 

Ignorancja urzędników

Podstawowym problemem jest ignorancja urzędników, którzy najczęściej nie mają żadnej koncepcji komputeryzacji podległych im instytucji.

 

- Dotychczasowe projekty były najczęściej zupełnie niezdefiniowane. Wykonawcy sami sobie wyznaczali cele, a zamawiający nie mieli kontroli nad założeniami, postępami i efektami prac - uważa Andrzej Piotrowski z Centrum im. A. Smitha.

 

Dobrym przykładem jest tutaj system Poltax. Na pomysł stworzenia systemu zbierającego informacje na temat podatników i ich rozliczeń z fiskusem Ministerstwo Finansów wpadło już w 1989 r. Rok później przetarg został rozstrzygnięty na korzyść francuskiej firmy Bull. Umowa opiewała na kwotę 200 mln złotych, z czego blisko 85 proc. miało pójść na dostawy sprzętu, reszta - na oprogramowanie. Z pierwszego zadania Francuzi wywiązali się od razu, z drugim mieli kłopoty. W ten sposób do urzędów trafiły komputery, z którymi nie bardzo było wiadomo, co zrobić. Pięć lat później, kiedy resort rozwiązał umowę z Bullem, Poltax nadal nie istniał. Ministerstwo próbowało uporać się z problemem, tworząc własny zespół informatyków.

 

Przygotowano i wdrożono kilka podsystemów, ale całość wciąż była niegotowa. Teraz ministerstwo lansuje projekt e-podatki, który zintegruje już istniejącą infrastrukturę i dostosuje ją do możliwości korzystania z internetu. Termin realizacji wyznaczono na 2012 r. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, komputeryzacja służb podatkowych trwać będzie 23 lata.

 

- Problemem jest poziom merytoryczny zamawiających. Jakimś wyjściem byłoby zatrudnienie konsultantów, ale urzędnicy boją się, że konsultant będzie pisać swoje opinie pod konkretnego dostawcę - mówi Adam Półgrabia, dyrektor generalny Sektora Publicznego ComputerLand.

 

Biurokraci już raz sparzyli się na konsultacjach. Przy realizacji Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK) MSWiA zatrudniło firmę Infovide, która miała ustalić szczegóły zamówienia i czuwać nad jego realizacją. Skończyło się miażdżącym raportem NIK, sugerującym, że konsultanci Infovide dyktowali komisji wyniki zamówienia - 9 na 10 jej członków wpisało do protokołu identyczne oceny poszczególnych ofert. Sprawą zajmuje się prokuratura.

 

Jednak powoli coś się zmienia.

- W efekcie kryzysu ekonomicznego 2000 r., z pracy w firmach IT zwolniono wielu niezłych specjalistów. Część z nich zatrudniła się w urzędach, wnosząc wiedzę i umiejętności - ocenia Paweł Prokop, wiceprezes Comarchu odpowiedzialny za sektor publiczny.

 

Nie wszędzie jest jednak różowo. Najgorszą opinię, jeśli chodzi o specjalistów, ma w branży MSWiA. Niestety, ten resort zamawia również najdroższe projekty, takie jak CEPiK, system łączności Tetra czy ochrony granic.

 

Drugi problem to kryteria wyboru kontrahenta. Nie mając sprecyzowanej koncepcji zamówienia, urzędnicy kierują się przede wszystkim ceną. Chodzi przecież o to, żeby wybrać najtańszą ofertę.

 

Zadziwiająca jest skuteczność Prokomu w zdobywaniu dużych zamówień. Pytanie o jej źródła nieodmiennie wywołuje porozumiewawcze uśmiechy.

 

Najważniejsza jest cena

- Cena to często 90 proc. ogólnej oceny oferty, zwłaszcza w przypadku mniejszych przetargów. Przy takich założeniach można darować sobie część merytoryczną i zaproponować jedynie niską cenę, aby być poważnym kandydatem na zwycięzcę - ironizuje Tomasz Kulisiewicz, niezależny analityk IT.

 

Firmy odrzucone w przetargu na CEPiK zarzucały zwycięzcy - Softbankowi - dumping. Jednak na złożenie oficjalnego protestu zdecydował się tylko ComputerLand, i to z innego powodu (nieposiadanie przez Softbank certyfikatu dostępu do poufnych danych). Chociaż praktyka dumpingu jest trudna do udowodnienia, nie oznacza to, że firmy go nie stosują. Skoro zamawiający często nie ma pojęcia, co chciałby dostać, a koszty są czynnikiem rozstrzygającym, pokusa zakasowania konkurencji nawet nierealną ceną jest duża.

 

Tylko co to właściwie jest cena realna? Tę poznajemy zazwyczaj dopiero po ukończeniu wdrożenia. Powszechną bowiem praktyką jest aneksowanie umów. W ten sposób koszty budowy mogą okazać się nawet dwukrotnie wyższe. Cena za komputeryzację ZUS z początkowych 700 mln zł wzrosła do prawie 2 mld zł. Wartość umowy konsorcjum Accenture, Alnova i Softbank o informatyzację PKO BP (wtedy jeszcze spółki państwowej) z początkowych 440 mln zł (październik 2003 r.) wywindowała się przez półtora roku do 700 mln zł.

 

- Ustawa o zamówieniach publicznych w zasadzie zabrania aneksowania umów, jeżeli miałoby to zwiększyć pierwotny koszt. Są jednak wyjątki, np. kiedy zmienia się harmonogram wdrożenia, cenę można podnieść - wyjaśnia Paweł Prokop.

 

Problem w tym, że narzucone przez urzędników harmonogramy są nierealne, jednak oferenci wolą to przemilczeć, bo przekreśliliby swoje szanse na zwycięstwo. Do tego dochodzi postęp techniczny. Wielkie projekty realizuje się parę lat - zanim system zostanie wykonany, trzeba go modernizować. Niekiedy jest to nieopłacalne - w 1999 r. Swisscom postanowił zrezygnować z ukończenia systemu informatycznego i zacząć wszystko od nowa, mimo że na budowę wydał już 400 mln franków szwajcarskich. Trudno sobie wyobrazić, żeby któryś z polskich urzędników podjął tak radykalną decyzję.

 

Obsługa systemu

Kolejnym kosztem jest obsługa gotowego systemu. Tu również dochodzi do różnych patologii. Zaniżając wartość swojej oferty, firmy próbują sobie powetować na kosztach serwisu - z reguły budową i utrzymaniem zajmuje się ta sama spółka.

 

Przyjmuje się, że rozsądny koszt rocznej obsługi to 15-25 proc. ceny budowy systemu. Przy dużych projektach serwisowanie samo w sobie może być kontraktem, o jakim marzą prezesi spółek IT - za utrzymanie systemu PKO BP Softbank dostaje od 2,3 do 6,2 mln dolarów rocznie, całkowita wartość podobnej umowy między PZU a Prokomem wynosi około 200 mln zł, natomiast trzyletni kontrakt z HP na obsługę IACS-u wyceniono na 240 mln zł (musi jednak dzielić się z podwykonawcami).

 

W ten sposób można zarobić nawet na największych wpadkach - za serwis systemu ZUS Prokom bierze około 140 mln złotych rocznie.

 

it.gif

 

Jest o co walczyć

Jak widać, najważniejsze to jakoś załapać się na kontrakt. Czeka nas zatem bezpardonowa walka firm z sektora IT. Ich uwaga skupi się przede wszystkim na MSWiA. Wartość projektów teleinformatycznych nadzorowanych przez ten resort w latach 2004-2008 to kilka miliardów złotych. Oprócz Tetry, sporo będzie można zarobić przy okazji wprowadzenia Systemu Informacji Schengen (SIS). Łączna pula do wzięcia to około 700 mln zł, tym razem jednak zrezygnowano z jednego megaprzetargu na rzecz kilkudziesięciu mniejszych.

 

- To szansa dla mniejszych firm, które nie mają szans w przetargach na duże zamówienia - ocenia Tomasz Sielicki, prezes ComputerLandu.

 

Rzeczywiście, w sparingach klasy ciężkiej od lat występują ci sami zawodnicy. Zdaniem Pawła Prokopa, listę liderów odzwierciedla przetarg na CEPiK, w którym startowały Softbank (grupa Prokom), ComputerLand, Comarch, Emax i Ster Projekt (ten ostatni zresztą został już przejęty przez Prokom).

 

Do tego trzeba dorzucić kilku amerykańskich potentatów: Hewlett-Packarda, IBM i Oracle. Kto jest na szczycie? Dla ludzi z branży jest to kwestia retoryczna - Prokom, rzecz jasna. Zadziwia zwłaszcza jego skuteczność do wygrywania dużych zamówień. Pytanie o jej źródła nieodmiennie wywołuje porozumiewawcze uśmiechy. Większość jest jednak zgodna, że o potędze Prokomu rozstrzygnęła informatyzacja ZUS.

 

- To był kolosalny kontrakt, pod ciężarem którego Prokom prawie się załamał. Firma siadła, ale w końcu wybrnęła i zarobiła ogromne pieniądze - mówi Tomasz Kulisiewicz.

 

Wśród rozgrywających brakuje wielkich firm europejskich, które oprócz niemieckiego SAP-a są w Polsce właściwie nieobecne. Czy zwabią je liczne zamówienia finansowane z funduszy unijnych i nadzieja na dyskretne poparcie Komisji Europejskiej?

 

W przetargu na program pilotażowy systemu ochrony granicy morskiej dwukrotnie wygrywał Ster-Projekt. Za każdym razem wybór ten był unieważniany przez przedstawiciela Komisji Europejskiej. Oferenci oskarżyli Komisję o forsowanie kandydatury konsorcjum Atlas Elektronik i Warszawskiego Przedsiębiorstwa Robót Telekomunikacyjnych. Stworzony przez nie próbny system radarowy nie był w stanie wykryć motolotni widocznej gołym okiem.

 

- Nawet potężne firmy europejskie nie mają szans bez doświadczenia na rynku. Dlatego, jeżeli będą startować, to tylko w konsorcjum z którymś z liczących się wykonawców lokalnych - przewiduje Paweł Prokop.

 

Łukasz Ruciński

 

(Gazeta Prawna/14.11.2005, godz. 08:13)

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Bardzo ciekawy artykuł. Rzuca więcej światła na zależności i działanie branży IT z sektorem publicznym. Kiedy czyta się o sumach jakie wchodzą w grę przy jednoczesnym szastaniu publicznym groszem to ręce opadają.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

za serwis systemu ZUS Prokom bierze około 140 mln złotych rocznie.

Widzisz to, co ja ? Na początku wydawało mi się, że śnię ...

Pomyśl o złożoności Płatnika i STACJI 2000 i o różnicach w $ ...

Chciałbym zbliżyć się do 1% tych opłat ...

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Pomyśl o złożoności Płatnika i STACJI 2000 i o różnicach w $ ...

 

No dokładnie! Szczególnie,że płatnik posiadał przez długi czas błędy z winy programistów i de facto Prokom kasując pieniądze za serwis kazał sobie płacić za ich usunięcie. To już szczyt.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

 Share

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.